Książka: "Demony Leningradu"




                „Nic, co polskie nie jest mi obce”… To stwierdzenie pasuje doskonale do tego, że zdecydowałam się ponownie sięgnąć po coś napisanego w naszym rodzimym języku.  Wcześniej jakoś mnie do polskich twórców nie ciągnęło, zdarzyło mi się przeczytać kilka pozycji np. „Strzygonię” czy mnogość lektur, które niezbyt przypadły mi do gustu. Być może Przechrzta zmieni moje poglądy na temat polskich książek, nie piszę tu, że już zmienił. Ponieważ po przeczytaniu „Demonów Leningradu” nie jestem do końca zachwycona tą książką, ale w zanadrzu mam kolejną jego książkę „Demony wojny. Część 1”, więc wszystko przede mną.
                Polska Polską, ale książka wcale o Polsce nie jest. Przenieśmy się, więc do Rosji, Rosji z lat czterdziestych dwudziestego wieku. Trwa wojna, ale nie tylko ta znana nam z kart historii. W Leningradzie dochodzi do kanibalizmu, kanibalizmu na tym poziomie, iż zainteresował się nim sam Stalin. Ale gdzie diabeł nie może tam pośle kogoś z GRU-wojennoj razwiedki. Więc na misję wraz z drużyną wyjeżdża major Aleksander Nikołajewicz wraz ze swoją „drużyną”. I chociaż wszystko wydaje się iść sprawnie i po myśli majora, to jedna kropla krwi zmieni wszystko. Jedna, wtedy, nic nieznacząca kropla zmieni więcej niż niekiedy całe morze krwi. Ale co, jak i gdzie… tego dowiecie się z książki.
                Tak jak już wspominałam akcja książki rozgrywa się w Rosji. Brudnej, pełnej trupów, głodu i zimna Rosji. Jeżeli ktoś nie lubi takich klimatów, niech lepiej nie sięga po tę książkę. Sceny w niej przedstawione są w iście naturalistyczny sposób. Całkowicie oddają klimat powieści. Dodatkowo możemy zapoznać się z dość brutalną rywalizacją między różnymi jednostkami „wojennymi” w tym kraju. Mowa tu o strukturach, zachowaniach i poczynaniach NKWD i GRU, z większym natężeniem ludzi z pierwszej jednostki. Sama fabuła jest bardzo ciekawa. Kanibale z domieszką fantastyki, która nie jest zbyt przytłaczająca, lecz zahacza o mistycyzm. A w tym przypadku jest to absolutnie genialne.
                Nie do końca jednak udało mi się wczuć w klimat Demonów. Mniej więcej do połowy książki nie mogłam połapać się jak nazywa się główny bohater. „Aleksander Nikołajewicz” pada w książce chyba tylko ze dwa razy. Dodatkowo kilka innych ksywek i człowiek całkowicie nie wie jak bohater się nazywa. W książce jest sporo rosyjskich nazw i całych zdań. Nie jest to wcale złe, tylko napisane jest to naszym alfabetem(tak jak się powinno czytać). Co wcale nie ułatwiało mi czytania książki. Łatwiej było by mi przeczytać to samo tylko napisane cyrylicą i gdzieś tam w przypisie dopiero napisana wymowa i od razu znaczenie po polsku. Nie miałam problemów ze zrozumieniem(w końcu nie na darmo uczyłam się rosyjskiego), ale niektóry się tego języka nie uczyli, a wychwytywanie tłumaczeń z tekstu nie jest wcale takie łatwe.  Usprawnieniem ma być posłowie, gdzie znajdziemy wyjaśnienia wyrazów, nazw. No cóż, o tym posłowiu dowiedziałam się dopiero po skończeniu czytania. Gdyż nie zaglądałam na koniec książki.
                Doskonały pomysł na książkę, tylko nie do końca interesująco wykonany. Niemniej jednak fabuła mi się spodobała, śledziłam poczynania majora i wraz z nim starałam się wydedukować niektóre rzeczy. Jednak nie do końca mi to wychodziło. Ale przecież nie mam rozumu z tamtych lat i na świat patrzę zupełnie inaczej. Liczę, że „Demony wojny” będą równie ciekawe, a może nawet ciekawsze niż ich poprzedniczka.
Za możliwość zapoznania się z książką dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów i portalowi Sztukater.pl.


Autor: Adam Przechrzta
Tytuł: "Demony Leningradu"
Wydawnictwo: Fabryka Słów

2 komentarze:

© 2012. All Rights Reserved. Design by Biyan Pasau
Blogger Template